Bieganie w lesie zawsze działało na Shelley uspokajająco. Delikatny chłodny wietrzyk muskał jej zarumienione z wysiłku poliki, a szum liści i śpiew ptaków łączyły się ze sobą, tworząc idealną harmonię. Podczas uprawiania sportu dziewczyna zwykle wyłączała umysł i skupiała się tylko i wyłącznie na prawidłowym stawianiu kroków. Lecz dzisiaj była zbyt podekscytowana nadchodzącym wydarzeniem, żeby móc się wystarczająco odprężyć. Myśl o wieczorze spędzonym wspólnie z dalszymi krewnymi przywodziła jej miłe dreszcze. Jakby przyjemności było mało, razem wybierają się na koncert ich ulubionego zespołu - Bring Me the Horizont. Już rozmyślała nad cudownym spotkaniem z Oliverem Sykesem, jej ulubieńcem w kapeli.
Rozmyślania przerwało dość mocne ściśnięcie Shelley w talii, a później poczuła ona czyjąś głowę opartą o jej plecy. Odwróciła się i stanęła oko w oko z małą blondyneczką. Szczerzyła swoje lekko krzywe zęby w ogromnym uśmiechu.
- Megan? - upewniła się, przytulając ją mocno, tak jak ona wcześniej ją. Dziewczynka również odwzajemniła uścisk i obie długo w nim tkwiły.
Megan Goot była córką cioci Margaret. Jej wizyta w Chicago ogromnie zdziwiła Shelley, biorąc pod uwagę fakt, że niedawno leżała ona w łóżku szpitalnym w okropnym stanie.
Będąc dzieckiem, lekarze stwierdzili u Megan przewlekłą białaczkę szpikową. Wyjaśnili, że ten rodzaj choroby może przez wiele lat pozostawać w uśpieniu, ale może również wystąpić zaostrzenie białaczki i przejście w fazę ostrą.
- Jeżeli tak się stanie, chemioterapia może doprowadzić do remisji choroby - wytłumaczył doktor.
Rodzice dziewczynki otrzymali skierowanie do onkologa, który dość prędko podjął właściwą decyzję.
- Wasza córka jest młoda, toteż przeszczep szpiku może okazać się ryzykowny, ale tak czy inaczej, musimy spróbować. Jest duża szansa, że jedna osoba z waszej rodziny będzie odpowiednim dawcą szpiku - powiedział. - Jeżeli nie, to nazwisko Megan znajdzie się w komputerowym rejestrze osób oczekujących na przeszczep szpiku.
Wyniki badań jednak wykluczyły możliwość bycia dawcą w rodzinie Goot'ów, więc jej nazwisko umieszczono na wspomnianej liście.
- Po roku znaleziono dawcę - wytłumaczył Max, równie wzruszony co Shelley.
Powrót do domu wszyscy troje spędzili na wspominaniu dawnych czasów, kiedy byli jeszcze młodzi.
- Shell, a pamiętasz jak położyliśmy tarantulę Brada na namiot mamy? - przypomniał Max.
Szatynka z uśmiechem przywołała sobie w głowie tamte spotkanie. Brad - najlepszy przyjaciel Maxa - miał w domu ogromnego pająka, zwanego Petunią. Kiedy razem z rodzicami pojechali na biwak, postanowili wykorzystać zwierzę do zabawy. W tym celu położyli Petunię na namiot cioci Margaret, która widząc tarantulę, wrzasnęła przeraźliwie głośno.
- Wciąż obija mi się o uszy jej krzyk - stwierdziła Shelley.
Pomimo że nie popierała idei straszenia innych ludzi, uznała, że jest to dość zabawne, jeżeli pokrzywdzona osoba ma szeroki dystans do siebie.
- Dostaliśmy szlaban, ale warto było.
Niezbyt duży, biały dom państwa Brown zbliżał się do nich wielkimi krokami. Albo to może oni się do niego zbliżali.
W każdym razie, po wejściu do środka w salonie zauważyli siedzących ich rodziców wesoło gawędzących.
- I wtedy Natalie powiedziała, że nie chce mieć zegarka z jedną wskazówką - wręcz dusiła się ze śmiechu ciotka Margaret. - A była godzina dwunasta!
Wszyscy w pomieszczeniu wybuchli gromkim śmiechem, dopóki krewna nie zauważyła wschodzących kuzynów.
- Shella? Kochanie, jak ty wyrosłaś! - szybko podniosła się z wygodnego miejsca i mocno przytuliła dziewczynę. - Zbierajcie pieniądze na ślub, bo pewnie niedługo za jakiegoś kawalera wyjdzie.
Mrugnęła do niej oczkiem i ze śmiechem usiadła z powrotem na swoje miejsce. Kto jak kto, ale ciotka Margaret nie potrafiła usiedzieć dłużej niż minutę bez cienia uśmiechu. Jedyne miejsce, gdzie była śmiertelnie poważna, to pogrzeb jej męża Conrada, który zmarł w tragicznym wypadku samolotowym podczas lotu do Nowego Jorku.
Margaret, kobieta średniego wieku o krótkich, kręconych czarnych włosach i błękitnych oczach sięgnęła do swojej torebki i wyciągnęła z niej cztery wąskie papierki, a potem znów podeszła do nastolatki i je jej wręczyła.
- Aż cztery? Nie trzeba było. - Wypierała się.
- Dla ciebie, Maxa, dla mnie i dla jednej wybranej przez ciebie osoby.